Zmieniamy szyld i jedziemy dalej , tylko po co ?

Przerwa w graniu przyniosła nam nie tylko debaty nad stanem rodzimej piłki kopanej, ale w gąszczu informacji pojawiła się również propozycja prezesa Bońka dotycząca zmiany nazewnictwa lig piłkarskich w Polsce. Według szefa związku powinniśmy wrócić do tradycyjnego nazywania klas rozgrywkowych zgodnie z numeracją poziomu, na którym dana liga się znajduje. Czy to na pewno dobry pomysł i jakie konsekwencje ze sobą niesie?

Prezes PZPN w liście do prezesów Wojewódzkich Związków Piłki Nożnej:

Od kilkunastu lat używamy nazewnictwa lig seniorskich, które jest mylące, gdyż nie odzwierciedla rzeczywistego szczebla danych rozgrywek. Aktualny, zaczerpnięty z wzorów angielskich, obowiązujący od lat podział na Ekstraklasę, 1. ligę, 2. ligę i pozostałe klasy został moim zdaniem wprowadzony, aby sztucznie zawyżyć prestiż rozgrywek i poziom sportowy uczestniczących w nim klubów.

Tak prezentują się proponowane zmiany:

Ekstraklasa lub Ekstraklasa 1. Liga– w zależności od decyzji organu prowadzącego rozgrywki
2. Liga– dotychczasowa 1. Liga
3. Liga– dotychczasowa 2. Liga
Liga Międzywojewódzka– dotychczasowa 3. liga
Liga Wojewódzka– dotychczasowa 4. liga
Liga Okręgowa
A Klasa
B Klasa
C klasa– w przypadku rozgrywek prowadzonych na tym poziomie przez dany WZPN.

Zgodnie z zapowiedziami Zbigniewa Bońka nowe nazewnictwo miałoby wejść w życie już od nowego sezonu, a pamiętać należy, że ze względu na pandemię koronawirusa nadal nie wiemy czy uda się dokończyć obecny.

Proponowane nazewnictwo obowiązywało w Polsce do roku 2008. Przed sezonem 2008/09 wprowadzono model wprost z boisk angielskich, argumentując ten wybór względami marketingowymi. Michał Listkiewicz, ówczesny sternik PZPN twierdził, że sponsorzy zdecydowanie chętniej będą spoglądać na zespoły grające wg nomenklatury w lidze wyższej niż w rzeczywistości. Zdania, co do efektów tamtej zmiany są podzielone, jednak trudno dyskutować z hasłem, że lepiej wygląda gdy drużyna gra w lidze drugiej niż w trzeciej. Pod względem sponsorskim jest to na pewno jakaś wartość dodana.

Kolejną problematyczną kwestią będzie nazewnictwo najwyższego szczebla. Jeśli miałby przejść pomysł z dwuczłonową nazwą – „Ekstraklasa 1. Liga” – to nie dość, że po dodaniu nazwy sponsora robi się nam „mały potworek” to jeszcze w pierwszej chwili nasuwają się skojarzenia z powstaniem nowego tworu łączącego dwa najwyższe poziomy w Polsce. Nie da się też ukryć, że im niższy poziom rozgrywkowy tym mniej zwolenników ma ten pomysł. Kluby w Polsce w bieżącym okresie mają o wiele większe problemy niż zmiana nazewnictwa ligi. O sponsorów aktualnie i tak będzie trudno, a dokładanie kolejnego kłopotu w tym kontekście to strzał we własne kolano. A trudno zapominać też o kosztach związanych z formalną zmianą brandu na wszystkich poziomach. Zmienić trzeba będzie umowy, wszystkie elementy, na których nazwa występuje, a to również niesie ze sobą niemałe koszty.

Boniek tłumaczy swój pomysł również tym, że ulży dzięki temu piłkarskim historykom i statystykom, odciążając ich od dodatkowego tłumaczenia, że dany klub gra w lidze X, ale w rzeczywistości na poziomie Y. Moim zdaniem będzie dokładnie odwrotnie, bo wyżej wymienieni będą teraz musieli tłumaczyć podwójnie, że w sezonie 2019/20 dany klub był pierwszoligowcem, a po roku został już drugoligowcem, mimo że ligi sensu stricto nie zmienił.

Ostatnią kwestią są zmiany w polskich ligach innych dyscyplin, które również podłapały piłkarski pomysł z 2008 roku. Większość dyscyplin poszła drogą PZPN i nazwała swoje ligi zgodnie z logiką przedstawioną przez piłkarską centralę. Jaki w takim razie jest sens w tym, żeby teraz to pomysłodawca wycofywał się rakiem ze swojego pomysłu? Czy nie prościej będzie zostawić aktualną sytuację bez zmian, bo czasu na przyzwyczajenie się na pewno mieliśmy dość? Podobnie ma się rzecz z reformą rozgrywek ekstraklasy, bo po wprowadzeniu systemu ESA 37 wiele europejskich lig zaczęło kopiować nasz pomysł, a po czasie to my jako pierwsi zaczęliśmy się z niego wycofywać.

Konkludując, cały pomysł to burza w szklance wody, która jednak może przynieść więcej negatywnych niż pozytywnych skutków. Naszym przydomkiem stała się jednak żądza stałych reform, które często można porównać do mieszania łyżeczką w herbacie bez cukru.